środa, 21 września 2016

"Mity Greków i Rzymian" Wanda Markowska

"Mity Greków i Rzymian" W. Markowska, wyd. ISKRY, 2002
Bez nich nie byłoby Herkulesa Poirot, bohaterowie Virginii Woolf nie odbyliby wielu spośród swoich podróży, a języki nowożytne byłyby uboższe. Nikt nie miałby pięty Achillesowej, nikogo nie trafiałyby strzały Amora, a stajnie Augiasza byłyby pospolitymi nieporządkami. Mity starożytnych Greków tak zawładnęły światem, iż dziś nie sposób być uznanym za człowieka naprawdę wykształconego, nie posiadając choćby powierzchownej o nich wiedzy. Niezliczone opracowania autorów niemal wszystkich nacji potwierdzają ich niezwykłą popularność i ponadczasowość. W Polsce najbardziej znane jest opracowanie Jana Parandowskiego. Drugie, nieustępujące mu bynajmniej pod wieloma względami, to dzieło autorstwa Wandy Markowskiej.
 
"Mity Greków i Rzymian" Wandy Markowskiej to całkiem okazały tom zawierający rozległą wiedzę z zakresu wierzeń starożytnych Grecji i Rzymu. Część poświęcona mitologii greckiej jest świetna. Barwna, przesycona anegdotami, alternatywnymi wersjami mitów zręcznie wplecionymi w nurt opowieści. Ogrom informacji zawartych na kartach książki zadowoli chyba każdego zainteresowanego czytelnika. Forma natomiast dostarcza bardzo przyjemnych doznań literackich. Autorka snuje swoją opowieść jak wieszczka, rozsmakowując się w archaicznym języku rodem z przypowieści. Nadaje on historiom niezwykły klimat, wprowadza w sposób niemal namacalny w świat mściwych bogów i zazdrosnych bogiń. Hefajstos odtrącony w niemowlęctwie wzbudza autentyczne współczucie. Piana, z której wynurza się Afrodyta jest pianą, w której zanurzałeś się ostatniego lata, wyczuwalną nieledwie na skórze. To jak opowieść o rzeczywistych wydarzeniach sprzed lat, przez przypadek tylko mitycznych i nierealnych. W tę zabawę konwencją wchodzi się z przyjemnością.

Druga część książki, poświęcona wierzeniom starożytnych Rzymian, jest nieco mniej zajmująca od części pierwszej. Tu autorka odeszła od swojej mistycznej roli i zaczęła wracać do realnego świata, do roli badaczki minionych kultur. Opowieść o rzymskich wierzeniach rozpoczyna od czasów sprzed wpływów greckich. To świat odmienny od pełnych emocji helleńskich mitów. Na tyle niepokojący i niepojęty, że trudno się dziwić łatwości, z jaką Rzymianie absorbowali wierzenia innych kultur.

Niemal całą część dotycząca wierzeń Rzymian stanowi rozprawa naukowa. Podzielona na mniejsze punkty poświęcone poszczególnym bogom, a traktujące w dużej mierze o sposobach, w jaki dawni rzymscy bogowie łączyli się z bóstwami innych kultur. Mitów jest tu zaledwie kilka i są pisane nieco inaczej niż grckie. To język również nieco archaiczny, ale w innym klimacie, zapewne wynikającym z różnic kulturowych, które chciała podkreślić autorka. Bliżej baśni niż mitu. Wciąż jednak nie można mu nic zarzucić, to język piękny i przyjemny w odbiorze.

Interpretacja mitów w wykonaniu Wandy Markowskiej to dzieło warte polecenia. Lubię się jednak przyczepić do szczegółu. Jestem wielką zwolenniczką tworzenia książek kongenialnych, o których piszą wydawcy, typografowie, drukarze. W takich tworach zarówno treść, język przekazu, jak i forma książki uzupełniają się wzajemnie. W niniejszej publikacji język dopełnia treść, jednak wizualna część książki odbiega w moim poczuciu od idei autorki. Wydawnictwo Iskry zadbało o estetykę i czytelność druku, zamieściło również liczne ryciny, wzbogacające treść. Gdy jednak dzieło jest prawie idealnie dopięte, można by zadośćuczynić idei kompletności dzieła i również fizycznie uchwycić ducha opowieści. Wysoko cenię wydawnictwo Iskry i czepiam się w dobrej wierze. To mój skromny kamyczek na kopiec ku czci idealnych wydań.


niedziela, 18 września 2016

"Kim jest Kim Dzong Un" Nicolas Levi, Edgar Czop

Korea Północna to jedno z najbardziej niezwykłych państw współczesnego świata. W powszechnej świadomości funkcjonuje jako szantażysta, który grozi światu bronią nuklearną, nieustannie rozbudowuje armię, terroryzuje obywateli  i skrupulatnie chroni swoje sprawy przed wzrokiem obcych. Każda możliwość zerknięcia za magiczną kurtynę, za kulisy propagandowych przedstawień Kimów, to podniecająca perspektywa zarówno dla wielbicieli ploteczek i skandali, jak i badaczy politycznych niuansów. Strzępki informacji docierające z tej niepokojącej krainy przywodzą na myśl wizje Orwella, Huxleya, czy Wellsa. A jak jest naprawdę? Kim jest zabawny grubasek dzierżący władzę nad życiem i śmiercią milionów Koreańczyków? Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna i wymaga szerszego rozpoznania.

"Kim jest Kim Dzong Un?" N. Levi, E. Czop, wyd. Kwiaty Orientu, 2016
"Kim jest Kim Dzong Un?" wbrew tytułowi, to nie jest biografia jednego li tylko człowieka, a przekrojowa charakterystyka stosunków zachodzących między przedstawicielami elity rządzącej Koreą Północną. W przypadku tego kraju nie może być inaczej, gdyż człowiek jest tu nie tyle sobą samym ile sumą stanowisk i posiadanej władzy, a także ich stosunkiem do władzy posiadanej przez innych. Książka w prosty sposób wyjaśnia te zawiłości, tak trudne do wyobrażenia w naszej części świata. Jest dobrym przewodnikiem po trudnej rzeczywistości kraju Kimów.

Autorzy skrzętnie porządkują wiedzę układając ją w mniejsze, lekkostrawne paczki. W ten sposób, w krótkich punktach, przestawiają informacje o członkach rodziny Kimów i ludziach z ich otoczenia, analizują kwestkie dotyczące między innymi sukcesji i utrzymania władzy przez kolejnych Kimów. Tłumaczą też przemówienia i oficjalne informacje płynące z północnokoreańskiej stolicy. Czyta się je jak doniesienia z niedorzecznej krainy powstałej w umyśle pijanego kabareciarza. Rzeczywistość Korei Północnej to doprawdy arcyciekawy temat, a Nicolas Levi i Edgar Czop zgłębili ją w imponującym zakresie. Pod względem poznawczym to świetna lektura.

W tym miejscu chciałabym zakończyć recenzję, zostawić czytelników w zachwycie nad ogromem wiedzy, napisać: finito, ?koniec i bomba?. Jak Gombrowicza kocham. Ale nie mogę. Recenzent zobowiązany jest napisać prawdę, samą prawdę i tylko prawdę. A ta prawda jest taka, że książka ma kilka zasadniczych defektów. Problemem jest niepewny, sztywny i "wymęczony" język. Całość sprawia wrażenie pracy magisterskiej, bardzo ciekawej ale niezbyt dokładnie przeredagowanej. Oczywiście nie jest to beletrystyka, w której można się wyżyć artystycznie, toteż nie chodzi o to, by mierzyć się z Proustem czy Conradem. Wystarczyłaby płynność tekstu i może odrobina charyzmy.

W tekście znajduje się również wiele potknięć i niekonsekwencji, na przykład na stronie 80 autorzy piszą, iż syn Jang Sung Thaeka "obecnie pracuje w Departamencie Organizacji i Przywództwa PPK", natomiast ze strony 83 dowiadujemy się, że został on stracony wraz z ojcem w 2013 roku, więc jako żywo pracować już raczej nie może. Najbardziej irytuje jednak wspominanie o jakimś wydarzeniu czy cesze któregoś z Kimów, by później nie rozwinąć interesującej czytelnika kwestii, pozostawiwszy go w domysłach - czy autorzy nie posiadają informacji na dany temat, czy też nie uznali ich za warte przytoczenia.

Emocjonujące informacje zamknięte w tej zmyślnej żółto-czarnej okładce to w dużej mierze nie są powszechnie znane fakty, toteż nie uważam czasu poświęconego lekturze za stracony. Książkę "Kim jest Kim Dzong Un?" mogę z czystym sumieniem polecić czytelnikom rządnym wiedzy, aczkolwiek bardziej bezkrytycznym w kwestii językowej. Jeśli kiedykolwiek autorzy podejmą się napisania tej książki na nowo, przeredagowania, rozwinięcia zadzierzgniętych ledwie kwestii i popracowania nad stylistyką, z pewnością pojawię się po nią w księgarni.


czwartek, 18 sierpnia 2016

"Lord Jim" Joseph Conrad

"Lord Jim" Joseph Conrad, wyd. MG, 2016
Recenzowanie dzieła, którego wielkość przed nami uznało już tak wielu bardziej uprawnionych do oceny, to duże wyzwanie. Korzystając jednak z prawa, jakie w swoich esejach dała zwykłemu czytelnikowi Virginia Woolf pozwalam sobie na zupełnie osobistą, całkowicie subiektywną i może nieco emocjonalną recenzję "Lorda Jima".

Jest to historia człowieka pochło-niętego od wczesnej młodości wizją własnego bohaterstwa. Z niecierpliwością oczekuje momentu, w którym będzie mógł wykazać się odwagą. W chwili próby okazuje się jednak, że prawda o Jimie nie jest taka prosta. Pod presją dopada go niemoc - jakaś nieokreślona blokada, bezwola, strach i chaotyczne myśli, które nie pozwalają mu działać zgodnie z własną wolą. W decydującym momencie swojego życia, właściwie wbrew sobie, ucieka wraz z pozostałymi członkami załogi z tonącego statku pełnego pielgrzymów. Po przybiciu do brzegu jako jedyny bierze odpowiedzialność za swój postępek, jednak to nie pomaga mu uspokoić sumienia, zachować dobrej reputacji, honoru. Od tej pory błąka się, uciekając od myśli o swojej hańbie, ratując resztkę poczucia własnej wartości. Robi wszystko, by trzymać się swojej pierwotnej wizji, chwyta się nadziei na jej urzeczywistnienie.

W powieści najciekawsza jest rozprawa Jima z samym sobą i ze światem, jego próba oswojenia wypadków na "Patnie". Mężczyzna poszukuje choć jednego człowieka, przed którym mógłby przedstawić swoją wersję wydarzeń. Uderza intensywność i rozpaczliwość, z jakimi próbuje wykazać znaczącą różnicę między swoim SKOKIEM, a UCIECZKĄ reszty załogi. Nazwa zdaje się mieć dla niego kluczowe znaczenie, jakby umniejszała jego winę i ustawiała sprawy w odpowiedniej, z jego punktu widzenia, perspektywie. Próba, na którą wystawił go los, odbiera jako niesprawiedliwość i wini resztę załogi pechowego rejsu za szansę ucieczki, nie widząc, że bez tej szansy nie byłoby próby. Jego kolejne decyzje, ucieczki i poszukiwania, to romantyczne spełnianie młodzieńczego marzenia, próba uchwycenia jakiejś wyższej prawdy, która zadałaby kłam brutalnej prawdzie o człowieku, choćby miała dotyczyć tylko jego jednego.

Czymkolwiek kierował się Conrad łącząc w swoim bohaterze walkę o prawo do wysłuchania jego wewnętrznej motywacji, prawo do własnej prawdy i pogardę pozbawiającą tych praw innych członków załogi "Patny", opisał historię tego człowieka w sposób imponujący. Dał czytelnikowi wgląd w różne punkty widzenia, jakby podsuwając nam zeznania świadków z różnych momentów życia Jima, przedstawił całą złożoność zmagań młodego Anglika, pozostawiając czytelnikowi wolność w ocenie jego postawy. Zanurzył w świecie etycznych rozważań, bezkompromisowej walki o własną godność, zmusił do przyjęcia jakiejś postawy, wydania osobistego wyroku.

"Lord Jim" to książka, do której się wraca, w którą za każdym razem wchodzi się głębiej. Podczas pierwszej lektury byłam całkowicie po stronie Jima, wierzyłam, że jest taki jak chciał o sobie myśleć. Dla mnie była to wówczas opowieść o człowieku innym niż reszta, o bohaterze, który czekał aż go ktoś rozpozna. Ostatnie czytanie przesunęło środek ciężkości w inną stronę. Widzę w Jimie zagubionego chłopca, idealistę, który chce wierzyć, że świat jest taki, jak w jego marzeniach, w szczególności że ON jest taki, jaki "powinien" być. Rzeczywistość pokazuje mu jednak, że wszyscy ludzie, pomimo różnic intelektualnych, duchowych i moralnych, w gruncie rzeczy podlegają podobnym prawom. Trudna lekcja, jednak autor był dla Jima łaskawy, osładzając i jemu i czytelnikom tę gorzką pigułkę. Pozwolił swojemu bohaterowi znaleźć koniec świata, na którym mógł jeszcze raz zmierzyć się ze sobą. Ta wykorzystana szansa to iskra nadziei, że być może to romantycy mają rację dążąc do niemożliwego.


wtorek, 10 czerwca 2014

"Schulz pod kluczem" Wiesław Budzyński


"Schulz pod kluczem" W. Budzyński, wyd. Świat Książki
„Nie jestem pesymistą, jestem smutny” pisał Fernando Pessoa w „Księdze niepokoju…” Czytając te słowa myślałam o Schulzu. Zupełnie podświadomie wychynął wówczas z mojej pamięci, bo właśnie takie rozmyślania przyniosła wcześniej jego proza. Ile jest Schulza w Schulzu? I ile w nim zwykłego smutku i melancholii, a ile twardego pesymizmu? Podczas lektury jego opowiadań — skupionych na szczególe, mistycznych, gęstych, pełnych osobistego niepokoju — utrwalił się we mnie obraz Schulza pesymisty, wnikliwego obserwatora świata w mikro- i makroobiektywie, żyjącego nieco „na zewnątrz” rzeczywistości, choć głęboko i neurotycznie ją przeżywającego. Z książki Wiesława Budzyńskiego wynika, że pomyliłam się w jednym punkcie — gdy płynność schulzowskiej prozy wzięłam za przejaw zewnętrznego gorsetu  hardości i stoicyzmu, kryjącego wewnątrz całą kruchość i niepokoje. Tymczasem na zewnątrz Schulz jawił się ludzkości drobnym, skulonym w sobie ptakiem, przemykającym pod murami — cichym, niepokojącym, rozpaczliwym. Wnikliwe obserwacje świata natomiast prowadził drobiazgowo i skrupulatnie — ale z ukrycia. Takiego Schulza wyłuskał Budzyński ze wspomnień znajomych drohobyckiego nauczyciela rysunku, z listów i informacji czerpanych bogato od Jerzego Ficowskiego.

To właśnie Jerzy Ficowski jest wielkim bohaterem drugiego planu tej opowieści — przewija się przez kolejne rozdziały jako niezłomny badacz i poszukiwacz wszelkich przejawów schulzowskiego istnienia. Bo okazuje się, że o Brunonie Schulzu zapomnieć jest łatwo. Na tyle łatwo, że nawet mityczny już Drohobycz nie pamięta, nie czyta, nie chce przyznawać się do swojego wieszcza. Gdyby nie Ficowski, wygrzebujący Schulza z zakamarków szuflad, piwnic, pamięci ludzkiej, niewiele śladów by po pisarzu zostało.

Twórczość drohobyckiego nauczyciela to nie tylko literatura, ale również rysunki. Tych jest w książce pokaźna reprezentacja. Autoportrety, portrety uczniów, znajomych, kobiet, to mała galeria, którą Budzyński wspiera opowieściami o relacjach Schulza z bohaterami tejże. A związki pisarza z ludźmi bywały dość nietypowe. Autor skrupulatnie zbadał ten temat. Przez większość Brunon uważany był za obłąkanego, śmiesznego czy niepokojącego. Poznawali się na nim nieliczni. Były przecież i kobiety. Właściwie głównie kobiety. Nie tylko matka i siostra, ale też przyjaciółki i ta jedyna oficjalna narzeczona — Jadwiga Szaniawska. Piękna, władcza, wyniosła — takie właśnie kobiety z masochistycznym uwielbieniem wybierał Schulz. W swoim całym wycofaniu i brakach powierzchowności, potrafił wzbudzić niemałe zainteresowanie płci przeciwnej. Była przecież Zofia Nałkowska, były korespondencyjne przyjaciółki — bo i listy pisał Brunon podobno piękne. Budzyński odkrywa wielorakie relacje pisarza z kobietami, czym — mnie przynajmniej — ogromnie zaskakuje.

W świetle niniejszej książki bogaty świat Schulza zadziwia jeszcze bardziej. To niezwykłe, że jego twórca zamykał się w murach jednego miasta, fobicznie się go trzymał. Nieliczne podróże naprężały wrażliwą smycz, na której w jakiś mistyczny sposób trzymał go Drohobycz. Trudno byłoby mu opuścić miasto na stałe, jeśli to w ogóle możliwe.

Autor „Schulza pod kluczem” te wszystkie wnioski i pytania wysnuwa na podstawie poszlak. Pyta, czy pisarz zdecydował się na ucieczkę obmyśloną przez Zofię Nałkowską. Wskazuje na fakty potwierdzające taką hipotezę, nie daje jednak pewności. Budzyński zdaje się mówić, iż o Schulzu trudno w wielu kwestiach stwierdzić coś „na pewno”. Niemniej z uzbieranych okruchów zbudował wiarygodny obraz zagubionego artysty. Reszty dopełniły niesamowite rysunki Brunona, bardzo wymowne — autoportret we fragmentach.

Książkę polecam właściwie każdemu. Napisana jest pięknym i żywym językiem, zatem nie przytłacza faktograficzną lawiną. Przybliża natomiast w ciekawy — czasem anegdotyczny — sposób dziwnego, nieprawdopodobnego człowieka-krasnoluda, człowieka-olbrzyma — pisarza uważnie obserwującego świat przez ciemnoszare okulary. Do końca nie rozstrzyga jednak, czy te okulary barwił smutek, czy pesymizm. Niczego właściwie nie rozstrzyga — i tak chyba z Schulzem powinno być.

czwartek, 27 czerwca 2013

Kajak Gargamela. Badania terenowe

Kilka dni temu Pani Trekingowa wyruszyła na poszukiwanie przygody. Jednako nie była to jej przygoda, a pewnego kajakarza, pana Aleksandra Doby, który swój żółty kajak,  Olem zwany, na Atlantyk podniósłszy, Atlantyk ów we własnej swej osobie pokonał. Atmosfera spotkania z cudzą przygodą zwykle przyjemną bywa, jako że ludzie spragnieni podróży, niczem te smerfy otwartemi i pozytywnemi bywają. Tak i tym razem było. Brodaty ów Papa Smerf prawił – chaotycznie a uroczo – o swem wyczynie, a wioska smerfów z zainteresowaniem słuchała. I byłoby tak pięknie do końca niechybnie, gdyby nagle z widowni nie ozwał się złowróżbny głos Gargamela, w imieniu gawiedzi przemawiać zdecydowanego.

Mocno już w latach posunięty, acz stateczności i mądrości przynależnej wiekowi jego pozbawiony, Papę Ola przesłuchiwać począł, straszliwemi słowy za brak przygotowania do wyprawy rugając i – własnoustnie przerwę na reklamę zarządziwszy – jął producenta wioseł dyktować. Wioska smerfów zamarła, gdy uszy wszelakiego stworzenia ranił Gargamel samouwielbieńczą deklaracją znawstwa „od dziecka” kajakowej dziedziny. Tylko Smerfetka, na taką niegodziwość godzić się nie mogąc, łagodnie acz stanowczo sprzeciw swój zgłosiła, iżby Gargamel wypowiadania się w imieniu wszystkich smerfów zaprzestać raczył. O możność kontynuowania opowieści przez Papę Olo postulowała. Wówczas Gargamel, widzący ledwie "takie świata koło, jakie tępym zakreśla wzrokiem", odwróciwszy się, wzrok na pierwszej niewieście, jaką spostrzegł, zatrzymał. I choć nie była to Smerfetka, tonem pogardą i złością ociekającym, rzekł:
— Zamknij się, ruda małpo.
Na taki akt gargamelyzmu, nieznajomość antropologii, zoologii i nauk pośledniejszych zdradzający, lud oświecony protestować począł, czem wymógł opowieść o Bajkału kajakiem opływaniu. Pani Trekingowa i reszta błękitnych stworków, uspokojona nieco choć zniesmaczona, na łono podróży się przeniosła.

W takich razach czuję, jak na ramieniu mym ojczulek Darwin zasiada i błagalnym głosem szepce "córko, kontynuuj me dzieło, bom trup i uaktualnić swych odkryć nie mogę. Linia ewolucji homosapiensów pokrętnemi a rozlicznemi drogami przebiega."
Czuję tę moc, czuję tę misję, więc notuję i edukuję, Internet za medium obrawszy.

Wnioski z badań terenowych:
— Gargamel też może mieć kajak.
— Gargamela wzrok sięga, gdzie jego szyi wygodnie.
— Reklama dźwignią handlu.
— Wszędzie może się trafić Gargamel, na kompleks wielkości cierpiący.
— Chore Gargamele to oddzielna gałąź ewolucji, równoległa, acz nieidentyczna z homosapiensami, przejawiająca cechy "spadłych" z drzewa.
— Gargamel, który dużo ryczy, mało mleka daje.
— Gargamele stosunkowo łatwo można ujarzmić, co też czynić należy.

sobota, 8 czerwca 2013

Charlie Chaplin. Autobiografia

Było to roku pańskiego nie pamiętam którego. Nieliczna, jak myślę, grupa zacnej kasty kinomanów, pamięta dokładną datę owego objawienia, jakim było dla nich pierwsze zetknięcie wzroku z nietuzinkową fizjonomią Charliego "Włóczęgi" Chaplina. Ten melonik, laseczka, ubranie gdzieniegdzie przyduże, gdzieniegdzie przymałe i "wąsik, ach ten wąsik"... Pierwsze wrażenia po ujrzeniu tego melancholijnego klauna zdążyły już w pamięci się zatrzeć, jednak wyobrażenie o przeszłości jako fascynującym czarno-białym świecie absurdu, innym wymiarze, z którego wyłonił się współczesny kolorowy świat, pozostało i wciąż podczas oglądania "Brzdąca" powraca. Przynajmniej dla piszącej te słowa. Tak, przyznaję, mam słabość do starych filmów, przedwojennych aktorów, Charliego Chaplina również; to pozostałość z lat dziecięcych, których wyobraźnią zawładnęły monochromatyczne obrazy, znacznie bardziej tajemnicze od "barwnej" współczesności. Stąd też wyłonił się plan sięgnięcia "kiedyś" po autobiografię "Włóczęgi". Jednak jak to bywa z planami o nieokreślonym terminie, przez lata na wieszaku zwanym "przyszłość" zawieszony pozostawał. Do czasu, gdy z okazji urodzin (nieistotne które to już, ech) domyślna istota, amazonka (Panią Trekingową zwana) z nieprzebytych borów nadciągnęła i tomiszcze piękne dzierżąc w dłoni, rzekła: "Czytaj". Posłuszna rozkazom, przeczytałam.

"Autobiografia" Ch. Chaplin, Wyd. Dolnośląskie
I oto z gąszczu tekstu wyłonił się portret niespodziewany. Małego chłopca u boku brata oraz niezwykłej i nieszczęśliwej matki, w małym skromnym pokoiku miast wcześniejszych wygód sprzed niefortunnych zmian losu. Na tym obrazie i scenki odgrywane w zaciszu domowym przez matkę aktorkę odmalowano, i historię jej choroby umysłowej, i ojca alkoholika przez długi czas właściwie nieznanego. A później szkoły i zakłady dla chłopców, raczej bez entuzjazmu wspominane i pierwsze próby talentu na scenie. Dalej podróże do Ameryki i odkrywanie kinematografii. W końcu kariera, kolejne małżeństwa i światowe życie.

To światowe życie najmniej mi się podobało. Jakieś to puste takie i nudne, po pewnym czasie męczy czytanie o kolejnej imprezie u "kogoś-niezwykle-sławnego". Cóż, gdy Chaplinowi zdawało się odpowiadać. W relacji Ch.Ch. (czyt. "cha-cha") miało jednak swój smaczek: było okazją do poznania sław kina, polityki i literatury. A dzięki temu i czytelnik dostaje ciekawe anegdoty, za co część mózgu odpowiedzialna za plotkowanie, wdzięczną pozostaje.

Prawdziwą niespodzianką było odkrycie filozofa w Chaplinie. I polityka. Jego nieustanna analiza świata, próba samodoskonalenia, samokształcenia, do pewnego stopnia również snobizowanie na intelektualistę, było czymś nieoczekiwanym. Sama koncepcja "włóczęgi" okazuje się być entuzjastycznym pomysłem, a jednak zawiera w sobie pewną przemyślaną koncepcję komizmu jako zaślubin kontrastów: eleganckiego "sira" w meloniku i z laseczką, z kloszardem w stroju niedopasowanym na dwa sposoby — za małym i za dużym jednocześnie. Do tego postać o fizjonomii i niezgrabności błazna miała być jednocześnie melancholikiem, romantykiem. Piękne! Nigdy nie przyszło mi do głowy rozkładać "włóczęgę" na części pierwsze ale muszę stwierdzić, że istotnie, że naprawdę, że zaiste: to działa, to jest zabawne w nietuzinkowy sposób.

Może filmy Chaplina są naiwne, a rzucanie tortem w twarz głupie. Może przemówienie na koniec "Dyktatora" zbyt podniosłe, a "Światła ramp" melodramatyczne. Tak, widzę i tę stronę medalu. Ale gdyby nie było Charliego Chaplina, gdyby nie było jegomościa w meloniku, gdyby Hitler nigdy nie odbijał kuli ziemskiej pupą... no właśnie...

Czy polecam "Autobiografię"? Polecam. Chyba, że ktoś uważa, że ryby i "włóczęga" głosu nie mają i tak ma pozostać po wsze czasy. To dość zrozumiałe stanowisko miłośnika kina niemego. ;)

piątek, 17 maja 2013

Ewolucja trójmiejska. Relacja z badań terenowych

Ojczulek Darwin światłym człekiem był, choć nie przewidział pewnych niuansów ewolucyjnych, które po dziś dzień objawiać się raczą gromadzie ludzkiej to tu, to ówdzie.

Jak wiadomo — ludzkość zeszła z drzew. Wielu jej przedstawicieli jednako z drzew tychże się zwyczajnie spi... spadło znaczy. Potwierdzają to badania terenowe, jakie — w ramach projektu Wielka Samozwańcza Misja Naprawy Świata pod kryptonimem "Żyrafa też człowiek i szczęścia na Ziemi doświadczyć musi"  — przeprowadziła na początku tego roku Dzielna M.

Jedno z tych badań, przeprowadzone na gorąco (nigdy wszak nie wie badacz, gdzie wdzięczny obiekt badań ukazać się zechce) na przejściu dla pieszych przed przesławną Galerią Bałtycką w mieście Gdańsk. Otóż z tłumu pieszych, przemierzających wspomnianą „zebrę" objawił się zwierz inny, człekokształtny, niewątpliwie postawę dwunożną zaledwie osiągnąwszy. Niezwykłą bowiem ekspresję ruchów i zamaszystość ramion, jedynie radość z nowo posiadłej umiejętności oraz niewprawność w niej mogą tłumaczyć. Zatem wychwycony wzrokiem przez badaczkę humanoidalny osobnik płci męskiej torował sobie przejście łokciami swemi, czyniąc szkody fizyczne sunącym pospołu homosapiensom. Tłum niewzruszony usuwał się tymczasem strachliwie, by usterki własne do minimum sprowadzić. Wtem bark osobnika gwałtownie drobnej, niepierwszej młodości niewiasty dosięgnąwszy, równowagą jej wątłego ciała zachwiał. Na gwałt taki Dzielna M. patrzeć nie mogła, badania badaniami, ale świat ratować trzeba! Za ramię brutala złapawszy, do opamiętania go przywrócić postanowiła stanowczemi słowy: "Co pan robi? Proszę uważać!" Ten, niezrozumiawszy zapewne idei naprawiania świata (wszak spadaniem z drzewa do niedawna zajęty), pogardliwie na Dzielną M. spojrzawszy, wielkiem łapskiem twarz jej złapał i odepchnął, czapki przy tem dziewczę pozbawiwszy... Słucha Dzielna M... nikt nie woła... Ani od Litwy, ani od Polski. Żaden szarmancki mężczyzna, żadna dzielna kobieta! Tylko starowinka, przed chwilą z łap brutala wyratowana, słabowitym swym jestestwem honor ludzkości ratować jeszcze próbowała. Nadaremnie.

Wnioski z badań skrupulatnie odnotowane, wskazują, iż:
— osobniki "spadłe" z drzewa objawiają się niespodzianie i brutalnie;
— ingerencja w przebieg badania bywa bolesna i można przy tym stracić czapkę;
— ingerując masz wszelakie szanse, że będziesz osamotniona;
— należy rozważyć możliwość utworzenia w systematyce nowej kategorii osobników "zeszłych pozornie" z drzewa (dla szerokiej rzeszy homosapiensów, dla której widok szarpanych na środku ulicy niewiast przez wielkiego, nieucywilizowanego draba, normą niewymagającą interwencji się zdaje).

To jedno z licznych badań przeprowadzonych przez zacne grono członków WSMNŚ, które zapewne jeszcze opublikuję. Wybryki ewolucji to wszak fascynujące i niezwykle ważne zagadnienie, choć niewdzięczne w badaniu. Zatem: czapki z głów...

czwartek, 14 lutego 2013

Dzień Świętego Walentego, patrona tynkarzy

Z okazji Dnia Tynkarza uzewnętrznić się postanowiłam i podniosły utwór miłosny opublikować. Poemat ów, pod postacią bajki się objawiający, jest współczesnym dziełem Williama Tuwima z Czarnolasu, którego bezpośrednim wcieleniem pisząca te słowa się mieni.
Nie jest to dziewiczy rejs po sieci owego dzieła, niegdyś ujawnić go światu już się ośmieliłam.* Ponieważ zaś nikt tu nie zagląda, po raz kolejny upublicznić go się ośmielam. A jeśliby ktoś tu jednak zaglądnął, niech wzruszyć się raczy.


Bajka o dumnym Ropuchu
Czyli rzecz o miłości nieodwzajemnionej


Kawaler Ropuch był piękny i gładki,
miał ślepka zielone i oślizgłe łapki.
Wśród młodych ropuszek i ropuch mężatek
był uwielbiany, nie brakło mu swatek.
Codziennie smarował swój łepek żelem,
codziennie pielęgnował brodawki na swym ciele.
Żabki olśnionym ścigały go wzrokiem
kiedy przechodził obok żabim skokiem.
Niejedna miłość mu ofiarowała,
niejedna by się za niego wydała,
lecz on mierzył wyżej, zasługiwał na więcej
i skrywał nietknięte swe ropusze serce.
„Żabciu — mówił do jednej z kochanek —
Czuj się szczęśliwa, żeś jedną z mych branek.
Ja już niedługo zabawię na tej łące,
polecę w przestworza, dosięgnę słońce.
Ja jestem piękny, mądry, uczony,
ja potrzebuję nadzwyczajnej żony.
Nie mogę zakopać się w żabich pieluchach,
mego serca nie może posiąść ropucha.”

Aż dnia pewnego wędrując po łące,
rozmarzony Ropuch zerknął prosto w słońce
i w blasku dostrzegł długonogą panią.
„Anioł — szepnął czule — to na pewno anioł.”
Z rozognionym sercem biegł w wybranki stronę.
Widział jej usta ognistoczerwone
zbliżające się do niego w szalonym tempie,
by pocałować Ropucha namiętnie.
I patrząc w piękne oczy bocianicy
dostrzegł wielką miłość na dnie ich źrenicy,
lecz nie przewidział pragnąc jej spełnienia,
że to miłość wielka, ale… do jedzenia.


Tym optymistycznym akcentem zakończyć swój dzisiejszy wpis pragnę i dobrego zdrowia tynkarzom wszystkich krajów życzyć. Oby tynk wam równo kłaść się raczył!


* Dnia siedemnastego miesiąca wersienia roku pańskiego 2011 na zacnym portalu lubimyczytac.pl dzieło po raz pierwszy upubliczniono

niedziela, 3 lutego 2013

Historia pewnego małżeństwa


Sięganie po lekturę listów opublikowanych bez wiedzy i zgody autorów, choćby nieżyjących, wydaje się być niechlubnym procederem. Zwłaszcza, jeśli są to listy miłosne, bardzo osobiste. Przyznaję, że ów proceder zdarza mi się praktykować, jako niewieście ciekawskiej z natury, w biografiach i wszelkiej maści literaturze faktu gustującej. Cóż jednak począć, gdy ciekawość ciągnie na przysłowiowy „pierwszy stopień do piekła”, a wydawnictwo pięknie wydany tom podsuwa …

"Historia pewnego małżeństwa", red. H. Wayne, wyd. Muza, październik 2012 (foto: nunachopin)
Stało się! Skusiła mnie jedna z nowych pozycji wydawnictwa Muza – „Historia pewnego małżeństwa”. Na publikację składają się listy, które pisali do siebie w latach 1916—1935 słynny antropolog Bronisław Malinowski i jego żona, Elsie Masson. Dokumenty skrzętnie zebrała i opracowała najmłodsza córka Malinowskich, Helena Wayne, uzupełniając je opisami wydarzeń nieujętych w korespondencji oraz streszczeniami pominiętych fragmentów. Notatki pani Wayne są treściwe, przejrzyste i dyskretnie przemykają co jakiś czas przez karty książki, nie dopuszczając do zagubienia czytelnika w gąszczu wielości wydarzeń.

Listy układają się w historię wielkiej nieobecności, jaką zdawało się być owo małżeństwo, w którym on wiecznie podróżował, a ona wiodła życie „samotnej matki”. Ich wspólne życie toczyło się głównie w listach, zatem są one najlepszą dokumentacją ich małżeństwa, przekazem z pierwszej ręki. W listach małżonkowie relacjonowali sobie nie tylko wydarzenia dnia codziennego ale też czytane lektury, słuchaną muzykę, przemyślenia, wydarzenia błahe i te o znaczeniu globalnym, historyczne. Nieustannie też snuli plany na przyszłość i przeżywali po raz kolejny nieliczne spędzane wspólnie chwile: spacery, śniadania, rozmowy. Smakowali te chwile wielokrotnie, jakby ich niewielka liczba potęgowała ich wartość, albo jakby oni sami chcieli im tę wartość nadać. Szczególnie emocjonującą lekturą są ostatnie listy Elsie, w których pisze o swoich zmaganiach z chorobą, z wciąż gdzieś tam tlącą się nadzieją, gdy my już wiemy jak to się skończy. Im mniej stron do przeczytania zostało, tym bliżej do jej przedwczesnej śmierci.

Entuzjastów prac Malinowskiego zainteresują szczególnie listy, jakie pisał podczas pobytu na Wyspach Trobrianda, w których opisuje szczegóły swojej pracy. To właśnie wspólne zainteresowanie pracą Malinowskiego stanowiło, obok wychowywania córek, największą płaszczyznę porozumienia małżonków. Elsie Masson bowiem była nie tylko żoną antropologa ale też jego cichą współpracownicą. To ona przez długi czas była jego sekretarką, pierwszą recenzentką i korektorką jego prac, to ona pomagała nadać im ostatni szlif.

Trudno w kilku słowach opisać, czym jest „Historia pewnego małżeństwa”. Można ją  określić  jako historię miłosną, relację z badań terenowych znanego antropologa oraz świadectwo czasów, opowiedziane na dwa głosy, a to i tak nie wyczerpie wszystkich możliwości. Są to piękne listy – choć może ocena wartości estetycznej listów nie należy do postronnego czytelnika, do którego nie są adresowane. Wartość ich dzisiaj to przede wszystkim możliwość poznania dwojga nietuzinkowych ludzi, ich życia codziennego i rzeczywistości, w której przyszło im żyć.

Czy zachęcam do przeczytania? Oj nie, to byłoby nakłanianie do grzechu niedyskrecji. Mogę tylko stwierdzić, że jest to niezwykle interesujące obszerne tomisko, a każdy sam niech zdecyduje, czy warte grzechu.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Wieczorne Emily Dickinson wizyty


Dziś w karczmie Pod czachą Yoricka zrobiło się lirycznie. Wstąpiła bowiem do nas Piękność z Amherst. Szeleszcząc suknią i pożółkłymi arkuszami papieru za stołem biesiadnym zasiadła i subtelnymi słowy, z blaskiem świec w jedno stopionymi, nas uraczyła.

Wiersze Emily Dickinson są ciszą głęboką, wśród której brzmi już tylko zapis myśli szepczący, osnuty mgłą, wiatrem i burzą huczącą zza okiennych ram. A myśli te szepczą o świecie przeżywanym głęboko w umyśle przenikliwym, wrażliwym i skrytym, bliskie żyznej, pachnącej metaliczną wilgocią ziemi, bliskie życiu i śmierci. Do głębi przejmujące i prawdziwe.
Czyż nie?


670

One need not be a Chamber — to be Haunted —
One need not be a House —
The Brain has Corridors — surpassing
Material Place —

Far safer, of a Midnight Meeting
External Ghost
Than its interior Confronting —
That Cooler Host.

Far safer, through an Abbey gallop,
The Stones a’chase —
Than Unarmed, one’s a’self encounter —
In lonesome Place —

Ourself behind ourself, concealed —
Should startle most —
Assassin hid in our Apartment
Be Horror’s least.

The Body — borrows a Revolver —
He bolts the Door —
O’erlooking a superior spectre —
Or More —

***

Nie trzeba być Komnatą - aby w nas straszyło -
Lub nawiedzonym Domem -
Nie ma Wnętrz straszniejszych niż Mózgu
Korytarze kryjome -

Ileż bezpieczniej - o Północy
Ujrzeć Upiora przed sobą -
Niż spojrzeć w twarz własnym - wewnętrznym -
Pustkom i Chłodom.

Prościej gnać przez widmowe Opactwo,
Gdy hurgot Głazów nas goni -
Niż stanąć z sobą do walki -
Bez Broni -

Własne Ja - gdy się zaczai
Za Samym Sobą -
Przerazi bardziej niż Morderca
W pokoju obok.

Ciało - wyciąga Rewolwer -
Drzwi ryglują trzęsące się ręce -
Przeoczając potężniejsze widmo -
Lub nawet Więcej –

tłum. Stanisław Barańczak

środa, 1 sierpnia 2012

Wyspa klucz


Ech, podróży do Ziemi Obiecanej! Masowe do Edenu ziemskiego wstąpienie, jedynie pracą rąk własnych ciężką a romantyczną okupione! Rejsy sprzed stulecia i więcej, Europejczyków nadzieją do nowego lądu Kolumba wiodące! Bajko historyczna z ładną buźką Annie Moore zerkającej z pomników po obu stronach oceanu!

Oj, jakież to przewrotne przez los postępowanie, że za każdą bajką o pięknej królewnie, bajkopisarza z kurzajką na nosie, łysiną czy mięśniem piwnym nadzwyczaj wybujałym, ukrywa. Tak i tu prawdę historyczną jako tego brzydala pióro w prawicy (czy też lewicy mańkuczej) dzierżącego za kulisami stawia, chichoczącą z publiki przekazem lirycznym a fałszywym uśpionej.
I tę rechoczącą cudną zołzę bladolicą wyciągnęła za uszy przed wścibskie czytelnicze oblicza w książce „Wyspa klucz" pani Szejnert Małgorzata, badaczka nad wyraz dociekliwa.

"Wyspa klucz" Małgorzata Szejnert, wyd. Znak, Kraków 2009 (foto: nunachopin)


 I tak oto popsuła obraz bajkowej ucieczki ludów, prostego szlaku ku lepszej doli. A jako iż psucie to pięknie przeprowadzić raczyła, tako nikt psującej wyrzutów nie czyni. Wygrzebała ona bowiem przeszłość barwną i ciekawą, choć smutkiem  i tragedyą naznaczoną. Odnalazła historię wyspy Ellisa (i samego Ellisa) i całej rzeszy ludzkiej, od Indian Lenni Lenape niegdyś tę wyspę we władaniu dzierżących, po emigrantów, urzędników, gości i ostatnich jej strażników.
A odnalazłszy pochylała się zrazu nad opowieścią poszczególnych (nie wszystkich jednak, gdyż to niemożliwe) postaci, przez tę „bramę raju” się przewijających — czy to jako urzędnicy, czy o wstęp do nowego lądu postulujący.
A poszukiwała wszędzie. W pamiętnikach młodej matrony (i tu nadmienić należy, iż słowo to inne znaczenie miało), Maud Mosher. Na fotografiach Augustusa Shermana, z tłumu nietuzinkowe, groteskowe niekiedy postaci wyławiającego. W listach emigrantów. W starych dokumentach. W słowach Henrego Jamesa. W tysiącach wspomnień i śladów. I na samej wyspie kluczu.

Więcej wyjawiać nie zamiarowuję, jako że za zbrodnię poczytuję zbyt szczegółowe potencjalnym czytelnikom fabuły zdradzanie. Wgryzanie się w te historie niezwykłe zainteresowanym pozostawiam. Pozwolę sobie jedynie przytoczyć (za książką) słowa listu (jako że na sztukę epistolografii miłosnej niezwykle wrażliwą pozostaję), jaki wystosował emigrant Józef Jagielski do swej małżonki Franciszki w Polsce pozostającej:

„Kochana żono, Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus, donosze ci kochana żono, że jestem zdrowy czego i tobie wras z dziećmi życze, dobrego zdrowia i powodzenia od Pana Boga i donosze ci, że pisałem list do Ciebie, jusz minęło 11 tygodni i nie mam od ciebie żadnego odpisu i nie wiem co się znaczy, czy list nie doszedł, czy mi nie odpisałaś, i donieś mi, czyś odebrała pieniądze, które ci przysłałem 15 rubli, to mi zara odpisz czyś odebrała czy nie. I donieś mi jezeliś odebrała, a nie chcesz mi odpisać, czyś się rozgniewała, czy o mnie nie stoisz, bo ja tysz mogę się pogniewać i co ci powiedzieć dobrego, bo w Ameryce dużo żonów można nabyć za małe pieniądze. Ja miałem ci szyfkarte wysłać, alie nie wyślie jasz mi list odpiszesz to ci szyfkarte wyslie i pszyjadziesz do mnie razem z dziećmi i pozdrawiam kochana żono i kochane dzieci (…).”